koty, psy, króliki, szynszyle, chomiki, papugi, kanarki, szczury, myszki,

Pies też potrafi przepraszać

zwierzaki

Z panią jest jak z mamą. Można robić różne rzeczy, niekoniecznie dobre, a jedzonko i tak zawsze trafia do miseczek. Pani trochę pomarudzi, może nawet skarci, ale w końcu się rozchmurza i dobrze jest. Do czasu… Ostatnio wcale nie zareagowała na psi wybryk! Od razu wszystko posprzątała i Pan Toffin czuł, że wcale nie jest dobrze.

Największy grzech Toffina, o którym wiedzą już chyba wszyscy, to kradzież jedzenia. Ze stołu, z talerzy, przy ludziach, w samotności, dzieciom z rąk, pod wpływem chwili i gdy nadarzy się okazja. Lata spędzone z Toffinem pod jednym dachem zaowocowały wypracowaniem rozwiązań antywłamaniowych i procedur obowiązujących wszystkich domowników (z wyjątkiem psów, rzecz jasna) przed wstaniem od stołu oraz opuszczeniem domu. Należy zamykać bramki, chować cenniejsze ubrania (które pies mógłby pogryźć, szukając łupu) i pod żadnym pozorem nie zostawiać produktów spożywczych na widoku. Wszystko należy chować do lodówki i szafek.

Niestety, ostatnie incydenty dowiodły nieszczelności systemu. Przypuszczalnie bramka do salonu nie była zamykana na obie zasuwki, więc łatwiej było ją sforsować. I oto życie Toffina nabrało smaku. W ciągu zaledwie kilku tygodni zaatakował ekskluzywne morele w czekoladzie, cukierki czekoladowe, ciasteczka domowej roboty, a także talerz z piernikami. Pani reagowała na jego ekscesy typowo – gderała, że Toffin zniszczy sobie wątrobę i sprzątała, a pan organizował wizję lokalną i badał okoliczności przestępstwa to znaczy oglądał bramkę. I tak mijały dni, a przewinienia uchodziły psom płazem. Nawet scenariusz powitania po akcie wandalizmu z czasem stał się rytuałem. Pani wchodzi, psy witają się powoli, z ociąganiem, potem się kładą, pokazują brzuchy i wyrażają skruchę: „wiemy, wiemy, że złe z nas psy, a ty nam pani przebacz”.

Czy sprawiła to rosnąca liczba włamań, czy może rozmiar zniszczeń towarzyszących ostatniemu z nich, dość że pewnego dnia pani zachowała się inaczej niż zwykle. Dało się wyczuć, że coś jest nie tak, a atmosfera zrobiła się co najmniej gęsta. Bo pani nic nie powiedziała! Weszła do domu, ogarnęła wzrokiem strzępy, które pozostały z paczki przygotowanej do wysłania i… nic. W przedpokoju leżało rozszarpane pudło, fragmenty opakowań po słodyczach, porozrzucane ubrania, worki, rozgniecione czekoladki…, wszystko, co zmierzała wysłać w prezencie pewnemu choremu chłopcu.

Pani przeszła obok psów bez słowa, nie zauważając, że jak zwykle leżą na podłodze i przepraszają. Przeprosiny bowiem nie zostały przyjęte. Pani w milczeniu pozbierała resztki paczki i zamknęła się w pokoju. Do końca dnia nie dostrzegała psów. Nie pomagały zaczepki, tęskne spojrzenia, kładzenie łba na kolanach, leżenie pod prysznicem, wczołgiwanie się pod łóżko, chodzenie za panią krok w krok. Ba, nie pomogło nawet „gubienie się” na spacerze. Pani nie reagowała.

Toffin dopadł ją dopiero następnego dnia w czasie porannej gimnastyki. Ćwiczenia na macie są dobrą okazją do spotkania z właścicielem „twarzą w twarz”, ale i tym razem pani pozostawała nieugięta.

– Toffin, odejdź – mówiła i spychała psa z maty. W końcu jednak łapa Toffina bardzo delikatnie dotknęła głowy pani. Między jednym „brzuszkiem” a drugim łapa zawisła nad pani czołem, a oczy Toffina patrzyły wprost na nią.

– E… Toffin… – wyjąkała pani – no i co ja niby mam zrobić?! Jeśli nic nie powiem, to ta łapa wyląduje w moim oku, tak? Uwielbiam takie sytuacje bez wyjścia… – burknęła pani, ale już mniej surowym tonem. – No dobra, wybaczam. Choć wiem, że pewnie nie ostatni raz.

Na znak przeprosin Toffin wycałował pani ręce, nadstawił się do głaskania, po czym zadowolony potruchtał na dywanowy posterunek przy biurku pani. I znów było jak dawniej – Toffin z Filomeną spały na dywanie, a pani pracowała, snując przy tym rozważania na temat dzikiej strony psiej natury i konieczności jej zaakceptowania.